Rozmowę z ojcem Wawrzyńcem przeprowadziła Aleksandra Gacek.
Aleksandra Gacek: Ojcze, dziesięć lat temu przyjął ojciec święcenia kapłańskie. Ta rocznica to pewien kamień milowy. Czym dla ojca jest kapłaństwo?
O. Wawrzyniec Pryczkowski, LC: To kroczenie z Panem Jezusem, jak przyjaciel z przyjacielem. On trzyma za rękę i idziemy tam, gdzie On prowadzi. Kapłaństwo to stawanie się takim, jakim On jest. Co nie jest łatwe, ale On trzyma za rękę i prowadzi. Przez te dziesięć lat mogłem zobaczyć jak bardzo Pan Bóg działa we mnie, przeze mnie, w innych i jak przez innych zaprasza mnie do ciągłego bycia przy Nim.
Ostatnie osiemnaście lat był ojciec duszpasterzem ECYDu – duszpasterstwa nastolatków w Regnum Christi. Niedawno oddał je ojciec bratu Juanowi. ECYD stanowił ważną część ojca życia.
Tak. Licząc praktyki apostolskie z nastolatkami w ECYDzie pracowałem osiemnaście lat z przerwami. Na początku nie bardzo byłem przekonany. Wolałem pracować ze starszą młodzieżą. Ale gdy przyjechałem do Krakowa i otrzymałem tę misję, przyjąłem ją z otwartością.
Pierwsze lata były ciężkie. Było to jeszcze na praktykach, zanim zostałem księdzem. Ktoś kiedyś mi powiedział: „jeżeli nie umiesz się tym bawić, to coś robisz źle”. Wtedy próbowałem działać na siłę, a te słowa zmieniły moją perspektywę o 180 stopni.
Czas posługi w ECYDzie był też czasem fascynacji jaka młodzież jest. Nastolatkowie są bardzo szczerzy. Jak czegoś nie chcą, to ci to powiedzą, i to czasami w brutalny sposób. Ale to jest piękne. Również jeżeli się do czegoś przekonają, to naprawdę w to wchodzą, i to na sto procent. To stanowi dla mnie przykład, że gdy Pan Bóg zaprasza do czegoś trzeba iść na całość.
Z chłopcami Klubu Horyzont (obecnie ECYD) w 2016 roku.
Uważam, że okres nastoletni jest piękny, choć mówi się, że jest najtrudniejszy. Ciężko było mi zostawić ECYD, ale trzeba iść dalej w nowe. Z perspektywy czasu widzę owoce mojego zaangażowania wśród młodzieży. Także chwała Panu za to.
Trudno jest coś zostawić, ale też Pan Bóg zaprasza do coraz to nowych rzeczy, prawda? Co teraz dalej ojciec planuje? Jakie apostolaty?
Teraz posługuję wśród dorosłych. I tam są wyzwania. Dzięki Bogu są też nowe pomysły i inicjatywy. Serce mi rośnie, gdy wkładam czas i pracę, i widzę jak Słowo jest przyjmowane, jak ludzie się przemieniają i jak oni sami zaczynają działać apostolsko.
Piękne. Ojciec Wawrzyniec – Krakus czy Kaszub?
Zależy kto pyta. Ha ha. W Krakowie wychodzę na pole. Ale jak jestem na Kaszubach, to wychodzę na dwór. Ha ha. Myślę, że i to i to – i Kaszub i Krakus.
Urodził się ojciec nad morzem w Wejherowie. Jak to się stało, że wylądował ojciec w Krakowie?
To długa historia, ale tak pokrótce, to nie moja wina. Ha ha. Wina pewnie mojej rodziny, ale przede wszystkim Pana Boga, bo to był Jego plan.
Kiedy chodziłem do liceum do mojej parafii przyjechał ksiądz legionista i opowiadał o swojej misji – że jest misjonarzem, pochodzi z Meksyku i organizuje pielgrzymkę do Rzymu. Moja siostra była tą pielgrzymką zainteresowana. Zgłosiła się i z tej okazji ten legionista odwiedził nas w domu.
Tak poznałem pierwszego w moim życiu legionistę Chrystusa, a on zaprosił mnie na wyjazd do Niemiec. To był początek lat 90. Wtedy wyjechać za granicę nie było łatwo i pomyślałem: „Pojadę sobie do Niemiec i powiem kolegom, że byłem zagranicą”. I pojechałem.
Nocowaliśmy w nowicjacie. Tak zetknąłem się z „murami zakonnymi” oraz miejscem, które miało stać się w przyszłości moim domem na dwa lata. Jednak wtedy jeszcze nie myślałem o powołaniu. Ta myśl zrodziła się podczas pieszej pielgrzymki do Częstochowy, którą odbyłem niedługo potem.
Wówczas już wiedziałem, że po maturze chcę sprawdzić powołanie. I tak później właśnie znając legionistów zdecydowałem się, że spróbuję u nich. Wiedziałem, że najbliższy nowicjat jest w Niemczech, więc i tam wylądowałem na początku. No i potem formacja w różnych miejscach. Na koniec formacji zostałem posłany do wspólnoty Krakowa i tak oto jestem tu do dziś. W Polsce nasze zgromadzenie ma dom tylko w Krakowie.
Pierwsze śluby zakonne. Niemcy, 2004 r.
Mogę powiedzieć w imieniu krakowskich członków wspólnoty Regnum Christi, że nie narzekamy na to, że akurat ten jeden dom jest w Krakowie 🙂. Skąd ojciec wiedział, że to ten charyzmat, a nie inny?
Myślałem o salezjanach, ze względu na Don Bosco i świętego Dominika Savio (którego imię wybrałem sobie na bierzmowaniu). Ale sądzę, że Pan Bóg poprowadził moją historię tak, że poznałem legionistów. To, co bardzo mi się u nich spodobało to, że uprawiali sport i grali w piłkę. A uwielbiałem grać w piłkę 🙂.
Dlaczego ten charyzmat – później się okazało. Człowiek idzie tą drogą, poznaje zgromadzenie, potem w sobie odkrywa pewne rzeczy, o których dotąd nie wiedział. I to jest piękne. Cały czas widzę, że Pan Bóg mi to potwierdzał i wciąż potwierdza. Takie uczucie, że jestem w domu.
Piłka nożna w nowicjacie w 2003 r. Ojciec Wawrzyniec w dolnym rzędzie piąty od lewej.
Jak ojciec poznał, że ma powołanie?
Myślę przede wszystkim to jest takie doświadczenie, którego nie da się wytłumaczyć. To nie jest taka matematyczna pewność, że wiesz, że to jest to. Tylko jest to takie doświadczenie, że czujesz, że jesteś w domu, że jesteś w dobrym miejscu. I odczucie obecności Pana Boga jest większe, niż trudności jakich się doświadcza.
Czas formacji w Legionie trwa 13 lat – to dość długo.
Formacja za moich czasów trwała 13 lat. Teraz się trochę zmieniło. Nowicjat jest pierwszym etapem. Potem studia humanistyczne przez rok, na które pojechałem do Stanów Zjednoczonych. Następnie dwa lata studiowania filozofii. Potem trzy lata praktyk, na które przyjechałem do Krakowa. Wtedy właśnie zacząłem posługiwać w ECYDzie, wśród nastolatków. Później na pięć lat wraca się do domu formacyjnego w Rzymie, na kolejne dwa lata filozofii i trzy lata teologii. Następnie są święcenia. Chociaż ja miałem jedną zmianę – po praktykach apostolskich pojechałem do Niemiec pomóc przy niższym seminarium duchownym.
To 13 lat ciężkiej, ale pięknej pracy doprowadziło ojca do święceń, które przyjął ojciec 12 grudnia 2015 roku. Jest to też szczególna data – święto Matki Bożej z Guadalupe. Jak ojciec pamięta ów dzień, oraz kim dla ojca jest Matka Boża z Guadalupe – która w Legionie oraz w Regnum Christi jest bardzo ważną postacią?
Matka Boża zawsze w moim życiu była obecna. Schowana, ale zawsze obecna. Z dnia święceń nie pamiętam wiele. Duży stres 🙂. Dzień przed mało co człowiek śpi. Pamiętam tak naprawdę tylko, że podchodziłem do kardynała, że nakładał ręce na moją głowę, namaszczał mi dłonie i tak dalej.
Msza Święta święceń kapłańskich. Bazylika św. Pawła za Murami, Rzym, 12 grudnia 2015 r.
Potem już poświęceniach pamiętam spotkanie z rodziną – nie mogłem powstrzymać łez. Nie wiadomo dlaczego. Po prostu stałem, płakałem i nie mogłem nic powiedzieć. To był piękny moment doświadczenia łaski Pana Boga i wsparcia rodziny. Oni zawsze mnie wspierali, nawet w tych trudnych momentach naszej historii, którą mamy. To było piękne.
Z rodziną oraz polskimi członkami Regnum Christi po przyjęciu święceń kapłańskich.
Czy ma ojciec swojego ulubionego świętego?
Oczywiście świętego Wawrzyńca. Ale bardzo bliscy mi są również święta siostra Faustyna, święty Jan od Krzyża, święta Teresa z Ávila, święty Dominik Savio – mój święty patron z bierzmowania, także święty Piotr, bo na drugie imię mam Piotr.
Mocna drużyna. Matka Boża z Guadalupe ma być patronką nowego apostolatu, Apostolatu Modlitwy. Czy mógłby nam ojciec coś więcej o tym apostolacie opowiedzieć?
To jest apostolat, który zrodził się z pragnienia serca kilku osób, którzy czują się częścią wspólnoty i chcą się włączyć w misję Regnum Christi, nie będąc w stanie uczestniczyć w spotkaniach i działaniach apostolskich z różnych przyczyn. Na przykład mieszkają daleko albo mają trudną sytuację w domu, która im na uczestniczenie nie pozwala. Nie ma lepszego sposobu na włączenie się w misję jak modlitwa.
O jaką formę modlitwy chodzi?
O codzienną cząstkę różańca. Modlitwa jest w konkretnych intencjach, które będą podawane. Będziemy „omadlać” wszystkie rekolekcje, spotkania, misje i apostolaty Regnum Christi. No i patronką Matka Boża właściwie już jest, bo to jest przecież jej pomysł 🙂 Ona będzie nam towarzyszyć, będzie nas prowadzić. Chcemy zjednoczyć się jako wspólnota w modlitwie, bo to jest podstawa wszystkiego, co robimy.
Co poradziłby ojciec – jak jeszcze bardziej wsłuchać się w głos Pana Boga, w to, o co On nas prosi, do czego nas zaprasza?
Myślę, że każdy ma jakiś swój sposób, w jaki Pan Bóg do niego mówi. Przede wszystkim nam wszystkim potrzebny jest czas ciszy. Adwent czy Wielki Post są dobrą do tego okazją, ale też codziennie powinniśmy mieć taki czas na ciszę, bo Pan Bóg mówi w ciszy – w ciszy naszego serca. Dać mu tę sposobność, żeby móc Go usłyszeć.
Zachęcam, aby robić wieczorem „podsumowanie dnia”. Taki rachunek sumienia, ale nie robienie listy grzechów, lecz zastanowienie się co się dzisiaj wydarzyło, czego doświadczyliśmy, jakie emocje nam towarzyszyły, do czego nas doprowadziły. To są takie momenty, gdzie możemy zobaczyć, co Pan Bóg w naszym życiu dzisiaj zrobił, do czego nas zaprosił, gdzie Zły próbował nas od Pana Boga odciągnąć albo gdzie sami z siebie, przez to, że jesteśmy słabi i grzeszni, od Pana Boga odeszliśmy, a gdzie udało nam się być blisko Niego. Takie podsumowanie dnia sprawia, że z czasem widzimy coraz jaśniej co Pan Bóg w nas robi i do czego nas zaprasza.
To my idziemy odrabiać lekcje z ciszy, a ja dziękuję ojcu za rozmowę.







