Nazywam się Klaudia Świątek i chciałabym Wam opowiedzieć o moim roku coworkerskim w Meksyku.
Rok coworkerski to takie misje, rok służby Bogu, kiedy żyjesz przez rok ze we wspólnocie ze świeckimi kobietami konsekrowanymi lub z księżmi Legionistami Chrystusa. Zostaje ci przydzielone miejsce posłania misyjnego oraz dane jest ci konkretne zadanie – praca z dziećmi, młodzieżą lub studentami. Każdy coworker ma osobę, z którą współpracuje i jest odpowiedzialny za sferę duchową danej grupy, np. organizuje spotkania z Chrystusem (wspólne rozważania Ewangelii), różne aktywności, prowadzi dialogi. Najważniejszy w tym całym roku jest jednak rozwój duchowy – codzienna Msza Święta, medytacja, a działalność apostolska jest stawiana na drugim miejscu.
Zostałam przydzielona do dzieci w szkole podstawowej i w przedszkolu. Bardzo szybko polubiłam uczniów, ale miałam poczucie, że nic nie robię. Moje koleżanki, które były ze mną na roku, miały robić plakaty, prowadzić różne zajęcia, adoracje. A mnie powiedziano, że przez pierwsze pół roku nie będę miała obowiązków i żebym robiła to, na co mam ochotę. Bym po prostu była tam z dziećmi.

Na początku nie potrafiłam tego przyjąć. Zastanawiałam się, po co ja tam jestem. Czy źle rozeznałam albo może Bóg pomylił się, wysyłając mnie tam, skoro „nie ma dla mnie zadań”? Czułam się tak bezużyteczna i niepotrzebna! Mocno zastanawiałam się: „jaki jest cel mojej misji?” „Przecież to wszystko mogę robić też w Polsce, a nawet więcej…”.
To spowodowało, że zaczęłam rozmawiać z Bogiem jeszcze więcej, pytać czego ode mnie chce, jaki ma dla mnie plan. Czasem się denerwowałam, nie rozumiałam, gniewałam się i czułam się tak, jakby milczał… Dopiero po pewnym czasie Bóg dał mi zrozumieć, że właśnie tego chciał ode mnie. Oddałam Mu rok swojego życia i On chciał mi to wynagrodzić, dlatego zamiast ciężko pracować, mogłam poznawać kulturę, ludzi, rozwijać moje talenty, bawiąc się z dziećmi. Nie byłam z tego powodu szczęśliwa, bo w moim przekonaniu pojechałam tam, by dawać siebie, a cały czas tylko otrzymywałam. I co mogę powiedzieć na ten temat? Że łatwo jest dawać, bo czujesz, że pomagasz, robisz coś dobrego, ale to nauka przyjmowania była dla mnie wielkim wyzwaniem. Wszak to jest tak potrzebne do rozwoju duchowego! Koniec końców przecież Bóg nas chce obdarowywać swoimi darami. Jesteśmy stworzeni do tego, by kochać i pozwalać się kochać.

Dopiero gdy nauczyłam się przyjmować dobro, pomoc od innych, dostałam obowiązek, by przygotować dzieci do Pierwszej Komunii Świętej. Prowadziłam z nimi dialogi duchowe, z czego bardzo się cieszyłam. Jednak najważniejszym czasem był dla mnie ten, gdy po prostu przebywałam z dziećmi. Nauczyłam się wtedy tego, jak ważna jest obecność i relacje z drugim człowiekiem.
Jestem wdzięczna odpowiedzialnej za mnie konsekrowanej kobiecie, że w taki sposób mogłam wypełniać moją misję: spędzając czas z dziećmi, grając na instrumentach, w kosza. To właśnie tam działo się to, co najważniejsze dla mnie i dla nich. Dzięki temu, że bawiłam się z moimi podopiecznymi, one same zaczęły mówić mi o swoich problemach. Przychodziły do mnie na każdej przerwie. A jeśli mnie nie było, to zawsze pytały, kiedy wrócę. Gdy już miałam obowiązki, czasem było im przykro, że nie mam dla nich czasu, o czym same mi mówiły. Wtedy zrozumiałam, że nie ważne co robisz i w jakiej ilości, ale ile w to wkładasz serca.

Ten rok nie był „najsłodszy”, patrząc przez pryzmat ludzki, ale za to był dla mnie jednym z najbardziej owocnych pod względem rozwoju duchowego i osobistego. Bóg okazał mi tyle dobra! Podczas tego roku, zrozumiałam, że miłość jest za darmo, to jest dar i mogę za niego jedynie dziękować. Cieszę się, że mogłam mieszkać rok w Meksyku z konsekrowanymi kobietami, pracować w szkole, poznać nowych ludzi, ich kulturę, a także poznać lepiej rodzinę Regnum Christi. Meksyk stał się częścią mnie, mojej osoby i na zawsze pozostanie w moim sercu.







