O swojej podróży po Gruzji opowiada Stanisław Grzesiak członek Regnum Christi sekcji Młodych, obecnie misjonarz RC.

Gdy przybyłem do Batumi poczułem się kompletnie zagubiony. Po wielu dniach spędzonych w małych gruzińskich wioskach, pośród malowniczych gór i bezkresnych stepów, tak wielkie portowe oraz turystyczne miasto całkowicie mnie przytłaczało. Po krótkim czasie zwiedzania najważniejszych zabytków i zamoczeniu nóg w Morzu Czarnym, poszedłem w stronę hostelu. W końcu, gdy dotarłem, moim oczom ukazał się ciasny ośmioosobowy pokój z piętrowymi łóżkami i maleńkimi schowkami z kłódką. Na końcu pokoju, było wyjście na mały balkonik z widokiem na odrapaną ścianę ledwo stojącego domu obok, której kolor był mieszanką wszystkich odcieni szarości.

Usiadłem tam, by przysłuchiwać się dźwiękom cykad oraz cichnącej wrzawie miasta. Niedługo później, przyłączył się do mnie pewien chłopak który, jak się okazało, był z Chin. Po krótkiej rozmowie łamanym angielskim przerzuciliśmy się na translator. Powiedział, że nazywa się Wang i od samego początku wydawał się niesamowicie sympatyczny. Częstował mnie papierosami oraz zachęcał do wspólnego zjedzenia przygotowanego przez niego makaronu. Podczas rozmowy okazało się, że jechaliśmy w tę samą stronę – do Erzurum, miasta w samym sercu dzikiej części Turcji. Postanowiliśmy więc zabrać się tam razem.

Następnego dnia rano, wyjechaliśmy autobusem kierującym się za granicę. Czekał nas co najmniej 8-godzinny przejazd. Nikt z nas nie był z tego faktu szczególnie zadowolony, bo pomimo pięknych widoków na górskie szczyty za oknem, krajobraz po chwili stawał się straszliwie monotonny. Nuda stała się naszym wspólnym, niechcianym kompanem na najbliższe godziny. Z braku innych atrakcji zaczęliśmy pogawędkę. Zaczynając od neutralnych tematów, takich jak co tu właściwie robimy, gdzie mieszkamy i tym podobnych, od słowa do słowa rozmowa zeszła na grunt polityczny.
– Wiesz, że Chiny to najlepszy kraj na świecie prawda? – zaczął Wang.
– Ale przecież rozumiesz, że wasze media są całkowicie kontrolowane przez partię? – odparłem na jego odważne stwierdzenie.
– To dobrze. Przecież nie można pozwolić na to, by państwo było podzielone.
– No a co z wolnością? Ludzie przez cały czas są obserwowani i oceniani – kontynuowałem.
– Czy to źle? Ważne, by zwalczać tych, którzy się nie dostosowują – powiedział Wang.
– Więc co z mniejszościami i osobami protestującymi przeciw władzy? Przecież wiesz, że oni giną za swoje poglądy. Taki kraj uważasz za najlepszy?
– Śmieci trzeba wynosić. To nie nasza wina, że próbują się buntować.
To twierdzenie odebrało mi mowę. Uświadomiłem sobie, jak wielka jest różnica między cywilizacją zachodnią, zbudowaną na wartościach wolności, prawdy i miłości, a resztą świata. Chłopak tak życzliwy oraz sympatyczny potrafił nazwać ludzi, z którymi się nie zgadzał, śmieciami. Ta sytuacja dała mi nowe światło na wiele spraw. Już wcale nie dziwi mnie fakt, że nauka Jezusa była trudna do przyjęcia w jego czasach, a on sam został odrzucony. Ludzie nie potrafili zrozumieć pojęcia szacunku dla życia innych ludzi, jako jednej z najważniejszych wartości. Głoszone przez Niego tezy były całkowitą rewolucją.

Zrozumiałem też, że pomimo wielkiego podziału w naszym społeczeństwie, wpływ, jaki wywarło chrześcijaństwo przez ostatnie tysiąclecia, jest niezmazywalny. Nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy Kościoła uważają, że wolność i życie są istotnymi wartościami. W czasach polaryzacji społeczeństwa daje to nadzieję na wspólne budowanie przyszłości, na fundamentalnych chrześcijańskich wartościach, o których często zapominamy, że wywodzą się z nauczania Jezusa. A ponieważ są tak mocno wpisane w naszą kulturę, po prostu tego nie zauważamy.
Ta rozmowa uzmysłowiła mi również naturalne dążenie ludzi do dobra. Pomimo skrajnie odmiennej kultury, z jakiej pochodził mój kompan, przez cały czas był życzliwy. Dzielił się jedzeniem, mimo że sam miał go mało. Bóg każdemu z nas dał umiejętności i wrażliwość potrzebną do czynienia dobra, nieważne jak bardzo nasza kultura daleko bywa od prawdy. W historii mamy przykład wielu świętych, którzy zachowując dobre strony swoich tradycji, dali wielkie świadectwo oddalając się od swoich dawnych szkodliwych poglądów i zaczynali czynić ogromne dzieła na chwałę Pana.
Historia Stanisława to przypomnienie, że nawet w spotkaniu z kimś zupełnie obcym – kulturowo i światopoglądowo – można dostrzec wspólne pragnienie dobra. Różnice są głębokie, czasem bolesne, ale to właśnie chrześcijaństwo uczy, że każdy człowiek zasługuje na szacunek i miłość.
Patrząc dziś na krzyż – jak ci, którzy zatrzymują się przy nim w Koloseum – warto zastanowić się, czy nie nadszedł czas, by powrócić do wartości, które nas ukształtowały. Może właśnie od takich spotkań zaczyna się prawdziwa przemiana świata.






